No i wreszcie się zaczęło… na dalszy plan zeszły dywagacje na temat tłumików, regulaminowych kruczków i innych wokół sportowych kwestii. W minioną niedzielę liczył się tylko sport i trzeba przyznać, że działo się, oj działo. Począwszy od sensacyjnych rozstrzygnięć na szczycie, a skończywszy na niespodziance w najniższej klasie rozgrywkowej. Jednak najbliższa mi jest pierwsza liga i to właśnie o niej słów kilka…
Nie sposób zacząć od innego spotkania, aniżeli hitu kolejki w Gdańsku, gdzie miejscowe Wybrzeże podejmowało gnieźnieński Start. Dwa teamy, które starły się już przed rokiem za plecami rzeszowskiej Stali, tym razem też mają walczyć o najwyższe cele. Niestety, dla liczniejszej grupy kibiców zgromadzonych przy Długich Ogrodach, sezon zaczął się od gorzkiej porażki. Już sam początek spotkania zwiastował, że gospodarzom nie będzie tak łatwo jak przed rokiem. W pierwszej gonitwie ze startu wyszli na 5:1, ale już na wyjściu z drugiego łuku zdecydowanym atakiem na Renata Gafurova popisał się Michał Szczepaniak, a w jego ślady niemal od razu poszedł młodszy z braci Jabłońskich - Mirek, ale Mikael Max mimo wszystko dość pewnie przywiózł trzy punkty. Potem bieg juniorski i spodziewane zwycięstwo gości, ale tylko 4:2. Kolejny wyścig to niemalże kopia tego pierwszego – tym razem nie spisał się Dawid Stachyra, który łatwo dał się objechać obu Brytyjczykom, a Lewis Bridger jeszcze do samego końca naciskał Pawła Hliba, jednak bez skutecznie. No a po kolejnym wyścigu kibice Wybrzeża mieli miny nie tęgie, bo Magnus Zetterstroem zaliczył defekt, a niedoświadczony Marcel Szymko nie był w stanie sprostać rywalom i co za tym idzie przewaga Startu urosła do sześciu punktów. No a kiedy w następny biegu rezerwa taktyczna nie przyniosła oczekiwanego rezultatu, stało się jasne, że będzie to bardzo ciężkie popołudnie…
Gnieźnianie konsekwentnie jechali swoje, a gospodarze sobie zwyczajnie nie radzili. Pewnie spora w tym zasługa toru, bowiem treningi w Gdańsku odbywały się raczej na mokrej i nieco bardziej przyczepnej nawierzchni, co było też częściowo wymuszone przez pogodę. No ale aura się odmieniła i mimo solidnego roszenia tor dość szybko przesychał i nie dał się rozmiękczyć, co wyraźnie pasowało Czerwono-Czarnym. W ekipie Wybrzeża szczególnie zawiódł Gafurov, który raz przyjechał na ostatniej pozycji dając się dość łatwo wyprzedzić, a potem dwa razy leżał na torze. Ponadto Stachyra też nie przypominał tego zawodnika, który przed rokiem był czołową postacią GKSu. Od juniorów zbyt wiele wymagać nie można było, więc każdy ich punkt należy uznać za cenny. Z przyjemnością oglądało się jazdę Magnusa, aczkolwiek te dwa defekty psują pozytywne wrażenie. Max niby swoje zrobił, ale chyba stać go na coś więcej. Z kolei spory progres zrobił Hlib, który był niezwykle waleczny i skuteczny, ale tylko do połowy zawodów.
W ekipie Startu niemal wszyscy pojechali dobrze i równo, więc nieco słabsza dyspozycja Michała nie miała większego znaczenia. Swoje zrobili Anglicy, aczkolwiek Scotty poruszał się trochę jak dziecko we mgle i przynajmniej dwa razy popełnił szkolne błędy. Dobrze spisali się juniorzy, bo za równo Kacper jak i Simon dołożyli parę niezwykle cennych punktów, a ponadto ich jazda mogła się podobać. No a idealną puentą, tego co się działo wtedy na torze, było podwójne zwycięstwo braci Jabłońskich w ostatnim biegu, a jednocześnie wzorcowy pokaz jazdy parą – gospodarze byli bezradni. Warto odnotować, że Wybrzeże wygrało drużynowo wyścig, dopiero kiedy to obaj rywale byli w parkingu. Dla wielu było to wręcz sensacyjne rozstrzygnięcie, ale nie tyle sam fakt porażki Wybrzeża, co jej rozmiary i styl. Sam liczyłem na wygraną Startu i miałem ku temu wszelkie podstawy, ale jeżeli ktoś by mi przed meczem powiedział, że chłopaki pewnie wygrają piętnastoma punktami… Jako kibica Startu cieszy mnie też inny aspekt – mianowicie tą ekipę w połowie stanowią Gnieźnianie z krwi i kości, co bez wątpienia przekłada się na doskonałą atmosfer ę. Ciekawe czy jakiś stranieri, po takim spotkaniu, przeskoczyłby przez bandę i wskoczył na płot, aby podziękować kibicom? Może taki Andersen po słabszym występie w Rzeszowie rozpłakał się, tak jak Michał który przecież nie zawalił meczu…
W niedzielę mieliśmy jeszcze trzy spotkania, chociaż z wyjątkiem meczu w Łodzi wyniki były raczej do przewidzenia… W Grudziądzu najmniejszych szans na korzystny rezultat nie miały poznańskie Skorpiony. No ale jak się jedzie bez swojego czołowego zawodnika i w jego miejsce jest ZZ, a walczy tylko jeden rycerz to trudno, aby było inaczej. Był to raczej pojedynek Peter Ljung vs GKM… W ekipie gospodarzy należy pochwalić Krzysztofa Buczkowskiego, który był klasą dla samego siebie i pięć razy zjeżdżał niepokonany, choć nie zawsze było lekko, co doskonale widać na video poniżej.
Podobnie było w Bydgoszczy, gdzie Polonia nie dała szans drużynie z Daugavpils. Swoje zrobił Maksim Bogdanow, a kroku dotrzymywał mu Roman Povazhny, zwłaszcza w drugiej połowie zawodów po spasowaniu z torem. Nie mniej jednak było to zdecydowanie za mało, bo brakowało wsparcia w kolegach z drużyny. Z kolei u gospodarzy ciężko kogoś wyróżnić, bo wszyscy pojechali bardzo dobrze. Emil Sajfutdinov i Tomasz Gapiński, nie licząc pojedynczych wpadek, trzasnęli komplety, a Grzegorz Walasek i Robert Kościecha spisali się równie dobrze. Do tego punktująca juniorka i śmiem twierdzić, że w Bydgoszczy będzie każdemu bardzo, ale to bardzo ciężko.
Na koniec pojedynek w Łodzi, gdzie Rekiny musiały obejść się smakiem, chociaż Orzeł fruwał dość nisko. Przed sezonem spodziewałem się, że Antonio Lindbaeck będzie liderem ROWu, w sparingach zdawał się to potwierdzać, ale to co zrobił w niedzielę… nie pozostawił rywalom najmniejszych złudzeń i wykręcił komplet w sześciu startach, będąc praktycznie poza zasięgiem. No ale cóż z tego, skoro wsparcie miał tylko w osobie Rory Schleina… Niby Daniel Pytel i Andriej Karpov trochę punktów dorzucili, ale jeden dobrze zaczął, a drugi dobrze skończył. Z kolei u gospodarzy wyraźnego lidera brak – no może Mateusz Szczepaniak wysunął się nieco przed szereg – ale za to każdy włącznie z juniorami punktował, co okazało się kluczem do sukcesu. No ale to tylko trzy punkty przewagi i o bonus w Rybniku będzie piekielnie ciężko.
Siódemka kolejki:
Antonio Lindbaeck – wynik mówi sam za siebie…
Krzysztof Buczkowski – rywal może niezbyt wymagający, ale komplet to komplet.
Mirosław Jabłoński – takiego Mirka aż chce się oglądać… był jednym z ojców zwycięstwa.
Krzysztof Jabłoński – jednym występem uciszył niezadowoloną po sparingach gawiedź i potwierdził, że można na niego liczyć.
Peter Ljung – jako jedyny bronił honoru poznańskiej ekipy i aż strach pomyśleć, co by było gdyby go zabrakło… 50% wartości drużyny.
Kacper Gomólski – trochę w kratkę, ale bardzo pozytywny występ, bo dołożył swoją nie taką małą cegiełkę do końcowego rezultatu, a jego jazda mogła się podobać.
Andriej Kudriaszow – debiut w I lidze i od razu całkiem pokaźna zdobycz punktowa.
Anty-siódemka kolejki:
Renat Gafurov – bez punktu w trzech startach… z dziecinną łatwością objechany przez rywali w pierwszym starcie, a potem dwa upadki i tyle. Koszmarny występ.
Dawid Stachyra – wygrał jeden wyścig, ale rywalizował tylko ze Sperzem, a generalnie powinien być z niego wykluczony, bo przyczynił się do upadku Gomólskiego. Poza tym bezbarwny, wolny i o tyle lepszy od Rosjanina, że dojeżdżał do mety.
Robert Miśkowiak – niby siedem oczek, ale w sześciu startach i tylko w połowie punktował na rywalach, co jak na lidera zespołu chluby nie przynosi.
Ronnie Jamroży – za wiele okazji nie miał, ale w tych dwóch biegach absolutnie nic nie pokazał. Nie skłamię, gdy powiem że to jego kilku punkcików zabrakło do wygranej Rybnika.
Norbert Magosi – Po razie przewiózł obu grudziądzkich juniorów, ale to trochę mało…
Damian Sperz – już kolejny sezon w składzie Wybrzeża, ale efektów brak. Bez punktu na rywalu, ba na kimkolwiek!
Mateusz Domański – cztery razy na torze i nie udało mu się nikogo przywieźć za swoimi plecami, a jak już wspominałem porażka była minimalna.
http://www.youtube.com/watch?v=p8SHuGNB4EA&feature=player_embedded