II dzień świąt w Belgii to wiadomo, tylko piłka nożna i ukochany klub. Sam miałem przyjemność być kilka razy właśnie w tym okresie na meczu i przyznać trzeba, że tam kochają piłkę nożną. Ludzie autobusami zmierzający po trzech/czterech piwach z kafejek na stadion w gronie przyjaciół i rodzin, które po obfitej kolacji dnia poprzedniego zniecierpliwieniem czekają na wejście na stadion. Pierwsze co to jedna osoba do kolejki po piwa w plastikowych kubkach dla całej paczki, a reszta po hot-dogi z kapustą i dopiero potem ogromny doping dla swojej drużyny.
Taki tekst napisałem w swojej dzisiejszej analizy i aż mi się przypomniał ten wspaniały klimat. Jechaliśmy autobusem PEC w na mecz Standardu Liege, w autobusie kilka skrzynek lubianego Jupilera i trochę coli. Biesiada po świętach na całego w autobusie, większość już wypita i zaczęły się przyśpiewki. Znałem może kilka osób i trochę przyśpiewek, ale bez szału. Postawiono mi piwo, ja odstawiłem i się zaczęło.
Wszedłem na stadion przez bramki jak na lotnisku, gdyż wchodziłem na trybunę największych fanatyków i chciałem coś zjeść normalnego. Widzę hot-dogi, więc stoję w kolejce, a tam parówka, kapusta i cebula i wszystko do tego z majonezem. Niech będzie pomyślałem i jak typowy Belg poszedłem dalej. Na stadionie wielkie święto, gdyż był to mecz chyba z Club Brugge, więc mocny rywal. Zaczeło się super dla gospodarzy, Ezekiel strzela w pierwszej minucie bramkę i stadion szaleje.
Niestety jednak byłem świadkiem łamańca, gdyż mecz skończył się 1-3 i Lestienne pogrążył ekipę czerwonych diabłów. Na pewno super przeżycie i trzeba powrócić kolejny raz na tamtejsze stadiony.